Ten szlak to nie jest zwykły spacer po górach, bo Caminito del Rey to prawdziwa jazda bez trzymanki dla Twoich zmysłów. Kiedyś to była najniebezpieczniejsza ścieżka świata i choć teraz jest tam bezpiecznie… to przejście po deskach 100 metrów nad przepaścią wciąż mrozi krew w żyłach.
Ale wiesz co? Te niesamowite widoki są warte każdego Twojego kroku.
Masz lęk wysokości? No to masz problem, bo ekstremalne emocje i tak Cię tu dopadną, więc po prostu idź przed siebie i nie patrz za bardzo w dół.
Gdzie to w ogóle jest i jak tam dotrzeć?
No dobra, pewnie zastanawiasz się, gdzie dokładnie musisz uderzyć, żeby nie krążyć bez sensu po całej Andaluzji. Cała ta zabawa dzieje się około 60 kilometrów na północ od Malagi, w samym sercu parku narodowego, a najbliższą stacją cywilizacji jest malutkie El Chorro. To nie jest miejsce, do którego wpadniesz przy okazji spaceru po plaży, bo musisz wbić się głęboko w góry, tam gdzie rzeka Guadalhorce wyżłobiła niesamowity wąwóz Desfiladero de los Gaitanes.
Musisz pamiętać, że wejście na szlak znajduje się po północnej stronie, w pobliżu restauracji El Kiosko, więc Twoim celem jest dotarcie właśnie tam, a nie bezpośrednio do wyjścia przy zaporze. Jeśli źle ustawisz nawigację, możesz wylądować po drugiej stronie góry i stracić mnóstwo czasu na objazdy, co przy Twojej konkretnej godzinie wejścia może być fatalne w skutkach.
Z Malagi do El Chorro – szybkie opcje
Jeśli wynajmujesz auto, to sprawa jest dość prosta – wskakujesz na drogę A-357 i po około 50 minutach powinieneś zobaczyć pierwsze znaki na Ardales. To zdecydowanie najwygodniejsza opcja, bo nie jesteś uwiązany do sztywnego rozkładu jazdy, ale uważaj na kręte drogi, bo niektóre zakręty potrafią przyprawić o zawrót głowy, zwłaszcza gdy z naprzeciwka wyjedzie lokalny autobus. Parkowanie na miejscu to jednak inna bajka, więc celuj w parkingi oznaczone jako P1 lub P2, żeby nie dostać mandatu za stanie na dziko.
Masz też pociąg MD (Media Distancia), który startuje z głównego dworca Maria Zambrano w Maladze i dowozi Cię pod same bramy El Chorro w jakieś 40-50 minut. To mega opcja, pod warunkiem, że kupisz bilet z wyprzedzeniem przez stronę Renfe, bo pociągi bywają przepełnione, a ich częstotliwość pozostawia wiele do życzenia – serio, sprawdź to dwa razy przed wyjazdem. Pamiętaj, że pociągów jest zaledwie kilka w ciągu dnia, więc spóźnienie się na ten powrotny oznacza przymusowy nocleg w górach albo bardzo drogi powrót taksówką.
Pociąg, auto czy wycieczka zorganizowana – co polecam
Wszystko zależy od tego, jak bardzo cenisz sobie święty spokój i czy lubisz planować wszystko na własną rękę. Ja osobiście najbardziej polecam auto, bo po przejściu trasy możesz podjechać nad jeziora w Ardales i tam odpocząć, ale znalezienie wolnego miejsca parkingowego przy El Kiosko graniczy z cudem, jeśli nie przyjedziesz tam przynajmniej godzinę przed czasem. Z kolei pociąg jest tani i ekologiczny, ale ta wizja utknięcia w El Chorro, bo spóźniłeś się o 2 minuty na jedyny powrotny skład- no, to może zestresować nawet najbardziej wyluzowanego podróżnika.
Jeśli natomiast obudziłeś się z ręką w nocniku i na oficjalnej stronie nie ma już biletów na Twoje daty, to wycieczka zorganizowana z przewodnikiem jest Twoją ostatnią deską ratunku. Zapłacisz więcej, to jasne, ale w cenie masz zazwyczaj transport z Malagi i gwarantowane wejście, co przy ogromnej popularności tego miejsca jest często jedynym sposobem, żeby w ogóle zobaczyć wąwóz na własne oczy. Czasem warto dopłacić te kilkanaście euro, żeby nie użerać się z logistyką i mieć pewność, że nikt nie odeśle Cię z kwitkiem przy bramkach.
I tutaj ważna sprawa – pociąg dowozi Cię do El Chorro, czyli tam, gdzie szlak się kończy, a nie zaczyna. Oznacza to, że po wyjściu z wagonu musisz jeszcze wsiąść w specjalny autobus wahadłowy (shuttle bus), który dowiezie Cię na start trasy północnej.
Kosztuje to grosze, jakieś 2.50 euro, ale dolicz sobie na to dodatkowe 30 minut, żeby nie spóźnić się na swoją godzinę wejścia wskazaną na bilecie.
Trasa i widoki – serio warto?
Przejście tą trasą to absolutny rollercoaster emocji, którego nie zapomnisz do końca życia, bo widoki dosłownie urywają głowę przy samym wejściu. Całość ma około 7,7 kilometra, ale to te 3 kilometry drewnianych kładek zawieszonych 100 metrów nad przepaścią robią największą robotę i sprawiają, że nogi miękną nawet największym twardzielom. Nie wierz tym, którzy mówią, że to tylko spacer – kiedy poczujesz wiatr w wąwozie i zobaczysz pod stopami jedynie ażurowe deski, zrozumiesz, o czym mówię.
Widok pod stopami jest przerażający i piękny jednocześnie.
I wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze? Fakt, że idziesz drogą, która kiedyś była uznawana za najniebezpieczniejszą ścieżkę świata, a dziś, dzięki nowoczesnym zabezpieczeniom, możesz się po prostu cieszyć tym obłędnym krajobrazem bez strachu o życie. Ale i tak, kiedy spojrzysz w dół na rwącą rzekę Guadalhorce, Twoje tętno skoczy do góry, gwarantuję Ci to. To nie jest miejsce dla osób z silnym lękiem wysokości, ale jeśli tylko dasz radę go przełamać, panorama kanionu wynagrodzi Ci każdy stres.
Co zobaczysz na Caminito del Rey
Przygotuj się na to, że Twoje oczy będą próbowały ogarnąć majestat pionowych ścian wapiennych w Wąwozie Gaitanes, które miejscami mają setki metrów wysokości. Zobaczysz tam nie tylko dziką naturę, ale i kawał historii inżynierii, bo tuż pod nową kładką wciąż widać resztki starej, zniszczonej ścieżki – te betonowe, dziurawe fragmenty uświadamiają, jak szaleni musieli być ludzie, którzy kiedyś tamtędy chodzili bez żadnych lin. A jeśli podniesiesz wzrok wyżej, masz ogromną szansę dostrzec sępy płowe krążące nad Twoją głową, co tylko dodaje temu miejscu surowego, niemal filmowego klimatu.
Wąwóz w najwęższym miejscu ma zaledwie 10 metrów szerokości, co tworzy niesamowitą akustykę i sprawia, że szum wody odbija się od skał z podwójną siłą. Zwróć uwagę na skamieliny wmurowane w ściany, bo to dowód na to, że kiedyś to wszystko było dnem oceanu – niesamowite, prawda? Ale i tak nic nie przebije kontrastu między pomarańczem skał a intensywnym błękitem nieba, który w Maladze jest niemal gwarantowany przez 300 dni w roku. I te pociągi przemykające tunelami po drugiej stronie przepaści – wyglądają jak zabawkowe modele na tle gigantycznych gór.
Najlepsze miejsca na zdjęcie – moje typy
Jeśli chcesz mieć fotkę, która sprawi, że Twoi znajomi na Instagramie zzielenieją z zazdrości, musisz zapolować na moment na szklanym balkonie. To mały, przezroczysty fragment platformy wysunięty nad przepaść, gdzie stoisz bezpośrednio nad pustką. Tylko pamiętaj, żeby nie blokować przejścia zbyt długo, bo kolejka chętnych ustawia się tam błyskawicznie, a obsługa pilnuje płynności ruchu. Zrób zdjęcie z góry, żeby pokazać buty na tle rzeki płynącej sto metrów niżej – to klasyk, który zawsze robi wrażenie.
Most wiszący to miejsce, gdzie adrenalina i uroda miejsca spotykają się w jednym punkcie.
Drugim absolutnym hitem jest moment, w którym wychodzisz z tunelu na most wiszący (Puente Colgante) pod sam koniec trasy. To tutaj powstają te wszystkie epickie ujęcia z mostem spinającym dwie ściany wąwozu, ale ostrzegam – most mocno pracuje na wietrze i przy każdym kroku innych turystów, więc trzymaj telefon mocno! Zrób zdjęcie pionowe, żeby uchwycić pełną głębię kanionu pod Tobą, bo to właśnie ta perspektywa najlepiej oddaje skalę tego miejsca i Twoją odwagę.
Pamiętaj też, żeby wycelować obiektyw w stronę linii kolejowej biegnącej po przeciwnej stronie wąwozu, bo jeśli będziesz mieć farta, to uchwycisz pociąg wyłaniający się prosto ze skały. To zestawienie nowoczesnej maszyny z brutalną naturą wygląda obłędnie, zwłaszcza gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi i rzuca długie cienie na ściany kanionu. Nie zapomnij też o zdjęciu tablic pamiątkowych przy wejściu – to taki mały dowód Twojej przygody, zanim jeszcze adrenalina opadnie całkowicie i wrócisz do rzeczywistości. I hej, nie rób zdjęć z kijka do selfie, bo są one surowo zabronione ze względów bezpieczeństwa – lepiej poproś kogoś o pomoc, ludzie tam są zazwyczaj super mili!
Bezpieczeństwo i trudność – czy to jest straszne?
Kiedyś kumpel zapytał mnie, czy musi brać ze sobą uprząż i karabinki, bo naczytał się starych artykułów o „najniebezpieczniejszej ścieżce świata” – ale spokojnie, te czasy dawno minęły. Dzisiejszy Caminito del Rey to całkowicie odnowiona i bezpieczna trasa, która w 2015 roku przeszła metamorfozę wartą miliony euro, więc nie musisz się bać, że coś pod Tobą pęknie. Jasne, Twoje serce może mocniej zabić, gdy spojrzysz w dół na 100-metrową otchłań pod stopami, ale solidne barierki i stalowe liny trzymają wszystko w ryzach, więc Twoim jedynym zadaniem jest po prostu iść przed siebie i podziwiać widoki.
Czy to jest straszne? To zależy tylko od Twojej głowy i tego, jak bardzo paraliżuje Cię otwarta przestrzeń, bo technicznie trasa nie wymaga żadnych umiejętności alpinistycznych. Jeśli nie masz panicznego lęku wysokości, to przejście przez słynny wiszący most Puente Colgante będzie dla Ciebie niesamowitą dawką adrenaliny, a nie traumatycznym przeżyciem, którego będziesz żałować. Pamiętaj tylko, że trasa jest jednokierunkowa, więc jak już wejdziesz na kładki, to nie ma odwrotu – musisz iść do końca.
Poziom trudności, wymagania i potrzebny sprzęt
Widziałem kiedyś parę turystów, którzy przyszli pod wejście w klapkach japonkach i musieli z kwitkiem wrócić na parking, bo obsługa jest w tej kwestii absolutnie nieugięta. Musisz mieć na nogach pełne buty sportowe lub trekkingowe z dobrą przyczepnością, bo choć trasa jest głównie płaska, to kamienie bywają śliskie, a Twoje stopy po 8 kilometrach marszu na pewno Ci podziękują za porządne wsparcie. Nie potrzebujesz żadnego specjalistycznego szpeju, bo na starcie każdy dostaje obowiązkowy kask ochronny, który chroni przed ewentualnymi drobnymi odłamkami skalnymi – i musisz go mieć na głowie przez cały czas, bez wyjątków.
Całe przejście zajmie Ci od 3 do 4 godzin, zależnie od tego, jak często będziesz się zatrzymywać na robienie zdjęć, a uwierz mi – będziesz to robić co pięć metrów. Poziom trudności określiłbym jako niski, to taki trochę bardziej ekscytujący spacer w parku, tyle że zawieszony wysoko nad ziemią. Najważniejsza jest Twoja kondycja psychiczna i odpowiednie nawodnienie, bo w upalne dni słońce w kanionie potrafi nieźle dopiec, a na trasie nie ma żadnych sklepików ani automatów z wodą.
Zasady, ograniczenia i na co naprawdę uważać
Pewnego razu widziałem, jak mocniejszy podmuch wiatru porwał turyście czapkę z daszkiem i rzucił ją prosto w stu-metrową przepaść, co tylko pokazuje, że na tej trasie natura dyktuje warunki i trzeba być czujnym. Musisz wiedzieć, że używanie selfie-sticków i statywów jest surowo zabronione, bo mogą one przeszkadzać innym albo, co gorsza, wypaść Ci z rąk i zrobić komuś krzywdę na dole. Podobnie sprawa wygląda z dużymi plecakami turystycznymi – jeśli Twój bagaż jest zbyt gabarytowy, strażnicy mogą kazać Ci go zostawić, więc najlepiej zapakuj tylko najpotrzebniejsze rzeczy do małego plecaczka.
To nie jest miejsce na popisy kaskaderskie ani bieganie po kładkach.
Jeśli planujesz rodzinną wycieczkę, pamiętaj o bardzo ważnej zasadzie: dzieci poniżej 8 roku życia mają całkowity zakaz wstępu i nikt nie przymknie na to oka, nawet jeśli Twój siedmiolatek jest wyjątkowo wyrośnięty. Na trasę nie wejdziesz też z parasolem, nawet jeśli prognoza zapowiada deszcz, więc jedyną opcją jest porządna peleryna, która nie będzie łopotać na wietrze jak żagiel. Warto też pilnować telefonu, bo każda rzecz, która spadnie z kładki, przepada na zawsze w odmętach rzeki Guadalhorce.
Absolutnie kluczową sprawą jest zakaz palenia tytoniu na całym obszarze naturalnym, bo ryzyko pożaru w tym regionie jest gigantyczne, zwłaszcza w miesiącach letnich. Strażnicy rozstawieni w różnych punktach trasy bardzo rygorystycznie pilnują porządku i jeśli złamią Cię na paleniu albo śmieceniu, możesz spodziewać się słonej kary pieniężnej. Bądź po prostu odpowiedzialnym turystą i szanuj to miejsce, żeby inni też mogli się nim cieszyć za kilka lat.
Kiedy i jak długo – planuj jak lokals
Większość turystów myśli, że wystarczy po prostu kupić bilet i przyjechać o dowolnej godzinie, ale lokalsi wiedzą, że kluczem do przetrwania Caminito bez udaru jest odpowiedni timing. Jeśli wybierzesz się tam w środku lipca o 13:00, to zamiast podziwiać widoki, będziesz marzyć tylko o butelce zimnej wody i cieniu, którego na trasie jest jak na lekarstwo. Andaluzja potrafi być bezlitosna, więc planowanie zacznij od sprawdzenia prognozy wiatru – bo to właśnie silne podmuchy, a nie deszcz, są najczęstszym powodem nagłego zamknięcia szlaku przez obsługę.
And nie daj się zwieść pozornej bliskości Malagi, bo dojazd też zajmuje swoje i musisz doliczyć czas na znalezienie miejsca parkingowego. Najlepiej celuj w dni powszednie, bo w weekendy na szlaku robi się gęsto od hiszpańskich rodzin i grup zorganizowanych. Jeśli masz taką możliwość, rezerwuj bilety z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem, bo te znikają szybciej niż darmowe tapas na barze w centrum miasta.
Najlepsza pora dnia i sezon – czego nie robić
Zimą może cię kusić wizja pustych ścieżek, ale pamiętaj, że słońce w wąwozie Gaitanes chowa się bardzo wcześnie i nagle robi się lodowato. Najlepszy czas to kwiecień, maj lub październik, kiedy temperatury oscylują wokół 20-25 stopni, a przyroda dosłownie wybucha kolorami. Unikaj za wszelką cenę weekendów i hiszpańskich świąt państwowych – tłumy są wtedy tak gęste, że poczujesz się jak w kolejce do wejścia do metra, a nie na górskiej wyprawie.
I pod żadnym pozorem nie rezerwuj ostatniego wejścia, jeśli chcesz nacieszyć się trasą bez poganiania przez strażników. Oni też chcą iść do domu! Najlepiej celuj w pierwsze poranne sloty około 9:00 lub 10:00, bo wtedy światło do zdjęć jest miękkie, a ty skończysz marsz dokładnie w porze na solidny, hiszpański lunch w El Chorro. Pamiętaj też, że w poniedziałki Caminito del Rey jest zawsze zamknięte dla zwiedzających, więc nie daj się złapać na planowaniu wycieczki w ten dzień.
Ile to zajmuje i czy da się to połączyć z innymi atrakcjami
Cała zabawa, licząc od momentu zostawienia auta na parkingu północnym aż do powrotu autobusem wahadłowym, zajmie ci minimum 3 do 4 godzin. Sam szlak ma około 7-8 kilometrów, ale tempo dyktują zatory na kładkach i czas, który spędzisz na robieniu miliona zdjęć. Bo wierz mi, będziesz chciał uwiecznić każdy metr tej przepaści, a most wiszący na końcu trasy to miejsce, gdzie każdy spędza dodatkowe kwadrans, walcząc z lękiem wysokości i telefonem w dłoni.
Czy da się to z czymś połączyć? Jasne, ale nie planuj po tym maratonu zwiedzania Malagi. Po Caminito twoje nogi mogą być lekko z waty, więc lepiej podjechać 20 minut dalej do ruin Bobastro, gdzie zobaczysz niesamowity kościół wykuty w skale przez chrześcijańskich rebeliantów. To idealny, spokojny kontrast dla adrenaliny, którą poczujesz na szlaku, a przy okazji uciekniesz od największego zgiełku turystycznego.
Pamiętaj tylko, że logistyka tutaj to trochę układanka, bo szlak jest liniowy – zaczynasz w jednym miejscu, a kończysz w drugim. Jeśli masz jeszcze siłę i jest lato, wpadnij nad jeziora Embalses del Guadalhorce na szybką kąpiel, to dosłownie rzut beretem od wejścia na szlak. Woda jest tam turkusowa i niesamowicie czysta, co po kilku godzinach marszu w pełnym słońcu będzie dla ciebie jak zbawienie.
Koszty i bilety – ile to naprawdę kosztuje?
Ceny, gdzie kupić bilety i jakie są pułapki
10 euro to cena bazowa za bilet indywidualny, ale bądźmy realistami – te wejściówki znikają szybciej niż darmowe tapas w centrum Malagi. Musisz celować w oficjalną stronę caminitodelrey.info i to najlepiej z dwumiesięcznym wyprzedzeniem, bo inaczej zostaniesz z niczym albo będziesz musiał przepłacać u pośredników. Pamiętaj, że rezerwacja online to absolutna konieczność, bo na miejscu biletów po prostu nie sprzedają i nikt nie zrobi dla ciebie wyjątku, nawet jak będziesz bardzo ładnie prosić.
Największą pułapką są puste kalendarze, które nagle ożywają, gdy wybierzesz opcję z przewodnikiem za 18 euro – to sprytny trik zarządców, żeby wyciągnąć od ciebie parę groszy więcej. Ale hej, przynajmniej dostaniesz kask i radio, no i faktycznie wejdziesz na szlak zamiast stać pod bramą z kwaśną miną. Uważaj też na nieoficjalne strony, które doliczają gigantyczne marże, bo bilet, który powinien kosztować dychę, nagle magicznie zamienia się w wydatek rzędu 30 euro bez żadnej realnej wartości dodanej.
Czy warto dorzucić przewodnika albo wycieczkę z transportem
Około 50 do 60 euro zapłacisz za pełny pakiet z transportem z Malagi lub okolicznych kurortów i to jest opcja dla leniwych, ale też bardzo rozsądnych osób. Dlaczego? Bo logistyka dojazdu pociągiem i potem łapanie autobusu wahadłowego potrafi zjeść sporo nerwów, zwłaszcza jak pociąg z Malagi się spóźni, a ty masz sztywną godzinę wejścia na bilet. Zorganizowana grupa ma ten komfort, że autokar wyrzuca cię pod samą ścieżką i odbiera z drugiej strony, więc nie musisz się martwić o to, czy zdążysz na ostatni powrotny transport do cywilizacji.
Sam przewodnik na trasie to trochę inna bajka, bo choć goście opowiadają ciekawe historie o „Drodze Króla”, to tempo grupy bywa irytujące. Jeśli lubisz robić sto zdjęć każdemu kamieniowi, to wycieczka z przewodnikiem może cię ograniczać, bo musisz trzymać się reszty i słuchać przez słuchawki o historii hydroenergetyki. Z drugiej strony, tacy przewodnicy znają najlepsze spoty do fotek i wiedzą, gdzie dokładnie stanąć, żeby nie zwiało cię z kładki przy mocniejszym podmuchu wiatru.
Ale jeśli masz auto, to najtaniej wyjdzie cię kupienie samego biletu i dorzucenie 2,50 euro za bilet na autobus wahadłowy, który kursuje między północnym a południowym wejściem. To kluczowe, bo trasa jest liniowa – kończysz w zupełnie innym miejscu niż zaczynasz! Serio, nie zapomnij o tym drobnym wydatku, bo powrót pieszo asfaltem do samochodu to dodatkowe kilka kilometrów w pełnym słońcu, co po przejściu całego Caminito będzie ostatnią rzeczą, na jaką będziesz mieć ochotę.
Moje doświadczenie i małe triki, które pomogą
Kiedy pierwszy raz postawisz stopę na tych wąskich, drewnianych kładkach zawieszonych 100 metrów nad dnem przepaści, Twoje tętno na pewno skoczy, ale uwierz mi – to właśnie o ten dreszcz chodzi. Najlepszym trikiem, o którym mało kto wspomina w przewodnikach, jest trzymanie się lewej strony blisko skały, jeśli poczujesz nagły zawrót głowy, bo to daje dziwne, podświadome poczucie stabilności, mimo że barierki są przecież super bezpieczne. I koniecznie weź ze sobą jakąś cienką chustkę lub bandanę pod kask, bo te plastikowe skorupy, które dostajesz na wejściu, przechodzą przez setki rąk i głów dziennie, więc higiena to tutaj słowo klucz, a wiatr w kanionie potrafi być naprawdę porywisty.
Pamiętaj też, żeby nie gapić się non stop pod nogi przez te ażurowe panele pod stopami, bo przegapisz sępy płowe, które krążą nad kanionem i wyglądają z tej perspektywy po prostu niesamowicie. Jeśli masz ze sobą telefon, załóż go na smycz na szyję, bo jeden fałszywy ruch przy robieniu selfie i Twój sprzęt zostanie tam na dnie rzeki Guadalhorce na zawsze. I co ważne, nie spiesz się – grupy ruszają co kilkanaście minut, ale nikt Cię nie goni, więc możesz spokojnie przystanąć i chłonąć ten widok, który zapiera dech w piersiach bardziej niż samo podejście pod górę.
Co bym zrobił inaczej – kilka szczerych lekcji
Gdybym mógł zaplanować to jeszcze raz, to na bank nie czekałbym z kupnem biletu do ostatniej chwili, bo polowanie na wejściówki na oficjalnej stronie to często walka z wiatrakami i musisz liczyć na cud albo przepłacone bilety u pośredników. Wybrałem też fatalną godzinę w samym środku dnia, co w andaluzyjskim słońcu jest po prostu proszeniem się o udar, więc Ty celuj w pierwsze poranne sloty, kiedy temperatura jeszcze pozwala normalnie oddychać. To słońce w kanionie odbija się od białych skał i grzeje podwójnie, więc po dwóch godzinach marszu będziesz marzyć tylko o cieniu, którego na trasie jest tyle, co kot napłakał.
Żałuję też, że nie wziąłem lepszego powerbanku, bo nagrywanie filmów w wysokiej rozdzielczości i robienie setek zdjęć wykończyło mój telefon jeszcze przed dotarciem do słynnego wiszącego mostu. Ten most to zresztą najbardziej stresujący moment całej wyprawy, zwłaszcza gdy wieje silny wiatr i konstrukcja lekko drga pod nogami, więc lepiej miej obie ręce wolne i nie próbuj wtedy trzymać aparatu w palcach. Następnym razem ubrałbym też lżejsze, ale techniczne ciuchy, bo bawełniana koszulka po godzinie marszu była całkowicie mokra i nie schła aż do samego końca trasy.
Praktyczne wskazówki – parking, jedzenie, co spakować
Najlepiej zrobisz parkując auto na parkingu północnym (Acceso Norte) w okolicach restauracji El Kiosko, bo to stąd zaczyna się spacer do oficjalnych bramek kontrolnych. Pamiętaj, że od parkingu do miejsca, gdzie sprawdzają bilety, masz jeszcze jakieś 20-30 minut marszu przez oświetlony tunel i las, więc nie przyjeżdżaj na styku, bo spóźnienie może oznaczać, że Twoja grupa ruszy bez Ciebie. Bilet na autobus wahadłowy (shuttle bus), który odwozi Cię z powrotem na parking po zakończeniu trasy, kosztuje grosze, ale warto mieć przy sobie kilka monet w gotówce, bo terminale płatnicze w tym rejonie lubią płatać figle.
W Twoim plecaku musi się znaleźć minimum 1.5 litra wody i coś konkretnego do jedzenia, jak kanapki czy orzechy, bo na samym szlaku nie kupisz absolutnie nic do picia ani do przekąszenia. To nie jest park rozrywki z budkami z jedzeniem na każdym rogu, tylko surowy, górski teren, gdzie po wyjściu z autobusu wahadłowego będziesz marzyć o czymś zimnym i sytym. Warto też wrzucić do torby krem z wysokim filtrem UV, bo nawet jeśli wydaje Ci się, że jest chłodno, to hiszpańskie słońce operuje tam bardzo mocno i wieczorem możesz obudzić się z niezbyt przyjemną pamiątką na ramionach.
I jeszcze jedna kluczowa sprawa dotycząca Twojego ubioru – strażnicy przy wejściu są bezlitośni i jeśli pojawisz się w sandałach, klapkach albo, co gorsza, butach na obcasie, to nie zostaniesz wpuszczony na trasę. Musisz mieć pełne buty sportowe, najlepiej z twardą, trekkingową podeszwą, bo niektóre odcinki ścieżki poza kładkami są kamieniste i bardzo łatwo tam o głupią kontuzję kostki. Serio, widziałem ludzi, którzy musieli wracać do auta i rezygnować z wycieczki, bo ich modne espadryle nie przeszły kontroli bezpieczeństwa przy bramkach, a szkoda by było stracić taką okazję przez błąd w garderobie.
Twoja przygoda na Caminito del Rey – czy dasz radę?
Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne? Choć Caminito del Rey kiedyś nazywano najniebezpieczniejszą ścieżką świata, to dzisiaj Twoim największym wrogiem wcale nie będzie ryzyko upadku – barierki są teraz pancerne – ale Twój własny błędnik, który totalnie oszaleje od tych widoków. Bo niby idziesz po bezpiecznym, nowoczesnym pomoście, a jednak czujesz ten dziwny dreszczyk, jakbyś lewitował setki metrów nad rzeką Guadalhorce i nagle zdajesz sobie sprawę, że Twoje kolana są jakby z waty… I to jest właśnie ta magia, której nie odda żadne zdjęcie na Twoim Instagramie, choćbyś nie wiem jakich filtrów użył.
To przeżycie, którego po prostu nie da się zapomnieć.
Więc jeśli myślisz, że to tylko kolejny nudny spacer po hiszpańskich skałkach, to serio, przygotuj się na mały szok. Musisz być gotowy na to, że serce podskoczy Ci do gardła, kiedy spojrzysz w dół przez te ażurowe kładki – ale spokojnie, kask na głowie doda Ci trochę animuszu, nawet jeśli będziesz wyglądać w nim nieco komicznie na fotkach. Bo Malaga bez Caminito to jak churros bez czekolady, po prostu czegoś brakuje w Twoim planie podróży i wiesz co? Nawet jeśli masz lekki lęk wysokości, to i tak powinieneś spróbować, bo te klify i ten turkus wody pod Twoimi stopami są po prostu warte każdej sekundy strachu.































