Jak wygląda atak schizofrenii? Jak zrozumieć, by pomóc

admin
admin
Dodane przezadmin
26 minut czytania

Wyobraź sobie, że Twój świat nagle pęka jak stare lustro, a Ty stoisz pośrodku tego chaosu zupełnie sam. Schizofrenia to nie jest żaden filmowy thriller, ale realne cierpienie, które może dotknąć kogoś z Twoich bliskich… Czy wiesz w ogóle, jak rozpoznać ten moment?

Bo widzisz, epizod psychotyczny często zaczyna się całkiem po cichu, od dziwnych spojrzeń albo nagłego lęku w oczach. Ale Twoja szybka reakcja i opanowanie mogą dosłownie uratować komuś życie, więc warto wiedzieć, co robić.

Zrozumienie to pierwszy krok do realnej pomocy.

Czym właściwie jest schizofrenia?

Podstawy w pigułce

Musisz wiedzieć, że to nie jest tylko „dziwne zachowanie” czy chwilowy kryzys emocjonalny, ale konkretna, przewlekła choroba mózgu, która dotyka około 1% populacji na całym świecie. Kiedy patrzysz na kogoś w trakcie epizodu, widzisz tak naprawdę skutek tego, że jego neurony przestały ze sobą gadać w sensowny sposób, a sygnały dopaminy szaleją w głowie jak na jakiejś zepsutej dyskotece. To trochę tak, jakby filtr w twoim umyśle, który normalnie oddziela ważne informacje od kompletnych śmieci, nagle przestał działać i wszystko – każdy dźwięk, szept czy cień – wlewało się do środka z taką samą, przytłaczającą siłą.

I wcale nie chodzi tu tylko o te słynne głosy, o których tyle się słyszy. Schizofrenia uderza też mocno w pamięć i zdolność planowania najprostszych czynności, co sprawia, że wyjście po bułki do sklepu staje się dla twojego bliskiego wyzwaniem nie do przejścia. Statystyki medyczne są tu nieubłagane, ale dają też nadzieję, bo wczesne rozpoznanie i systematyczne leczenie farmakologiczne drastycznie zwiększają szansę na to, że chory wróci do normalnego życia, pracy i relacji z ludźmi. Bo to przecież o to w tym wszystkim chodzi, żeby nie pozwolić chorobie przejąć całkowitej kontroli nad człowiekiem, którego znasz i kochasz.

Powszechne mity i błędne przekonania

Przestań na chwilę myśleć o tych wszystkich mrocznych thrillerach, które widziałeś w telewizji, bo one robią straszną krzywdę rzeczywistości i tylko budują niepotrzebny mur strachu. Największym kłamstwem, jakie krąży w naszym społeczeństwie, jest to, że każda osoba z taką diagnozą to tykająca bomba zegarowa i zagrożenie dla otoczenia. W rzeczywistości ludzie chorujący na schizofrenię są statystycznie znacznie częściej ofiarami agresji niż jej sprawcami, a ich wycofanie czy dziwne gesty wynikają zazwyczaj z panicznego strachu przed światem, który w ich oczach stał się nagle groźny i niezrozumiały.

Kolejna sprawa, którą musimy sobie wyjaśnić, to to nieszczęsne „rozdwojenie jaźni”, które myli niemal każdy. Czy wiesz, że schizofrenia i dysocjacyjne zaburzenie tożsamości to dwie zupełnie inne bajki, które nie mają ze sobą prawie nic wspólnego? Sama nazwa pochodzi z greki i faktycznie oznacza „rozszczepienie umysłu”, ale chodzi tu o rozpad funkcji poznawczych, myślenia i emocji, a nie o posiadanie dwóch różnych osób walczących o kontrolę nad jednym ciałem. To ważne, bo jeśli chcesz realnie pomóc, musisz najpierw zrozumieć, że twój bliski nie stał się kimś innym – on po prostu zgubił kontakt z bazą, którą nazywamy rzeczywistością.

Może ci się też wydawać, że taka diagnoza to automatyczny wyrok i koniec marzeń o jakiejkolwiek karierze czy nauce, ale to kolejna bzdura, którą warto włożyć między bajki. Wiele osób z odpowiednio dobranym lekiem kończy studia, zakłada rodziny i pracuje zawodowo, choć oczywiście wymaga to od nich tytanicznego wysiłku i wsparcia ze strony takich osób jak ty. Często słyszy się o genialnych matematykach czy artystach z tą chorobą, ale prawda jest taka, że to po prostu ludzie, którzy muszą każdego dnia walczyć z błędnymi interpretacjami własnych zmysłów. I to właśnie ta walka, a nie sama choroba, czyni ich niezwykle silnymi, jeśli tylko dostaną od nas choć trochę zrozumienia zamiast stygmatyzacji.

Jak wygląda atak schizofrenii?

Wyobraź sobie, że siedzisz z kimś bliskim przy kolacji i nagle ta osoba przestaje jeść, wpatrując się w róg pokoju z przerażeniem, którego kompletnie nie potrafisz zrozumieć. To nie jest filmowy wybuch agresji, o którym tak często słyszymy w mediach, ale raczej stopniowe tracenie kontaktu z rzeczywistością, gdzie granica między tym, co realne, a wytworami umysłu, po prostu przestaje istnieć. Atak, czy raczej epizod psychotyczny, często zaczyna się od subtelnych zmian w zachowaniu, które możesz łatwo przeoczyć, myśląc, że to tylko gorszy dzień, stres w pracy albo zwykłe niewyspanie.

Ale potem przychodzi ten moment, gdy halucynacje słuchowe lub wzrokowe stają się tak silne, że Twój bliski zaczyna odpowiadać głosom, których Ty nie słyszysz, albo kłócić się z niewidzialnym rozmówcą. Statystyki pokazują, że aż 70-80% osób w fazie ostrej doświadcza głosów, które bywają krytyczne, przerażające lub nakazujące, co sprawia, że świat staje się dla nich miejscem ekstremalnie wrogim i niebezpiecznym.

To nie jest ich wybór, to ich mózg płata im w tej chwili okrutne figle.

Sygnały, których nie powinieneś ignorować

Mój znajomy, zanim trafił do szpitala, przez kilka tygodni twierdził, że sąsiedzi podsłuchują go przez gniazdka elektryczne i dlatego przestał używać światła po zmroku. Jeśli zauważysz, że ktoś Tobie bliski przestaje dbać o higienę osobistą, nosi te same ubrania przez wiele dni albo zaczyna wypowiadać nielogiczne, poszarpane zdania, to znak, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Takie „rozkojarzenie myślenia” to klasyczny objaw, gdzie pacjent przeskakuje z tematu na temat bez żadnego sensownego związku, co dla postronnego obserwatora brzmi jak niezrozumiała sałata słowna.

Nie ignoruj też nagłego wycofania społecznego i braku jakichkolwiek emocji na twarzy, co w psychiatrii nazywamy afektem bladym – to tak, jakbyś rozmawiał z maską, a nie z żywym człowiekiem. Może Ci się wydawać, że ta osoba jest po prostu leniwa albo na Ciebie obrażona, ale w rzeczywistości jej mózg może być bombardowany przez paranoiczne urojenia, które każą jej się ukryć przed całym światem, by przetrwać wyimaginowane zagrożenie.

Co wywołuje te epizody?

Często słyszę pytanie: dlaczego akurat teraz to się stało? No cóż, historia Marka, o którym kiedyś wspominałem, pokazuje, że wystarczyło kilka nieprzespanych nocy i ogromny stres związany z awansem, żeby system nerwowy po prostu „pękł”. Silne napięcie emocjonalne to jeden z najczęstszych zapalników, bo drastycznie podnosi poziom dopaminy w konkretnych obszarach mózgu, co u osób podatnych wywołuje natychmiastową lawinę objawów wytwórczych.

Bardzo niebezpiecznym czynnikiem są też substancje psychoaktywne, zwłaszcza marihuana, która u osób z predyspozycjami genetycznymi może przyspieszyć pierwszy wybuch choroby nawet o kilka lat. A jeśli ktoś już się leczy, to najczęstszym powodem nawrotu jest po prostu samowolne odstawienie leków przeciwpsychotycznych, co niestety dzieje się u niemal 50% pacjentów w ciągu pierwszego roku od wyjścia ze szpitala, bo czują się już lepiej i myślą, że są zdrowi.

I pamiętaj, że to nigdy nie jest jedna izolowana rzecz, tylko taka nieszczęśliwa kumulacja genetyki i trudnych warunków środowiskowych. Bo nawet jeśli ktoś ma w kodzie zapisaną podatność, to bez konkretnego bodźca – jak śmierć kogoś bliskiego, rozstanie czy nawet przeprowadzka do obcego miasta – choroba mogłaby pozostać w uśpieniu przez całe życie. To trochę jak z miną lądową: ona tam jest, ukryta pod ziemią, ale potrzebuje konkretnego nacisku, żeby nastąpił gwałtowny i niszczycielski wybuch.

Moje przemyślenia o tym, jak to jest tego doświadczać

Możesz myśleć, że to po prostu słyszenie głosów, ale rzeczywistość jest o wiele bardziej lepka i duszna, bo schizofrenia przypomina sytuację, w której ktoś nagle podkręca głośność we wszystkich odbiornikach w twoim domu, a ty nie możesz znaleźć pilota. To nie jest tylko film grozy puszczany w twojej głowie – to całkowite rozmycie granic między tym, co realne, a tym, co podpowiada ci spanikowany umysł. Wyobraź sobie, że nagle przestajesz ufać własnym zmysłom, bo ściany zaczynają „oddychać”, a przypadkowe spojrzenie przechodnia staje się dla ciebie jasnym sygnałem, że znajdujesz się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

I wiesz co jest w tym najgorsze? Ta dojmująca samotność, kiedy próbujesz komuś wytłumaczyć, że kolory są zbyt jaskrawe, a dźwięk kapiącej wody brzmi jak wystrzał z pistoletu. Boisz się, że jeśli powiesz za dużo, uznają cię za „wariata”, więc zamykasz się w sobie, co tylko potęguje izolację i sprawia, że epizod staje się jeszcze bardziej przerażający. To ciągła walka o zachowanie choćby resztek kontroli nad tym, co jeszcze wczoraj było twoją bezpieczną codziennością.

Osobiste historie i spostrzeżenia

Pewien mój znajomy opisywał to jako stan, w którym mózg zaczyna łączyć kropki, których w ogóle nie ma, tworząc spójną, choć przerażającą narrację o spisku przeciwko niemu. Kiedy jesteś w środku tego cyklonu, nie widzisz nielogiczności – dla ciebie to, że numer rejestracyjny samochodu sąsiada zawiera „zakodowaną wiadomość”, jest tak samo oczywiste jak to, że trawa jest zielona. Statystyki mówią, że około 1 procent populacji zmaga się z tą chorobą, ale te liczby nie oddają tego, jak bardzo boli moment, gdy tracisz kontakt z własną tożsamością.

Często zapominamy, że te ataki nie biorą się z próżni i zazwyczaj poprzedza je tak zwana faza zwiastunowa, gdzie czujesz narastający niepokój i masz problemy ze snem. Jeśli w porę dostrzeżesz te subtelne zmiany w swoim zachowaniu, jak wycofanie się z życia towarzyskiego czy zaniedbywanie higieny, masz szansę na szybszą interwencję. Ale bądźmy szczerymi – gdy mechanizm paranoi ruszy, trudno jest samemu powiedzieć „stop”, bo twój własny mózg staje się twoim największym wrogiem.

Emocjonalny rollercoaster

To nie jest tylko smutek czy strach, to prawdziwa jazda bez trzymanki, gdzie w jednej minucie możesz czuć ekstremalną euforię i poczucie misji, by za chwilę spaść w otchłań paraliżującego przerażenia. Twoje emocje stają się kompletnie nieadekwatne do sytuacji, bo możesz śmiać się na pogrzebie albo płakać, patrząc na ulubioną komedię, a to spłycenie afektu sprawia, że otoczenie przestaje cię rozumieć. I to boli najbardziej, bo przecież pod tą maską obojętności często kipi w tobie wulkan sprzecznych uczuć, których nie potrafisz ubrać w słowa.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest czuć, że twoje myśli nie należą do ciebie? To uczucie „nasyłania” myśli sprawia, że tracisz poczucie sprawstwa nad własnym życiem, co prowadzi do ogromnego napięcia emocjonalnego. Często pojawia się też silna agresja, ale pamiętaj – ona zazwyczaj wynika z panicznego lęku przed wyimaginowanym zagrożeniem, a nie z chęci skrzywdzenia kogokolwiek, bo w tej chwili po prostu walczysz o przetrwanie w świecie, który oszalał.

Warto dodać, że ten emocjonalny zjazd nie kończy się wraz z ustąpieniem omamów, bo po ataku często przychodzi depresja popsychotyczna, która potrafi trzymać miesiącami. Czujesz się wtedy jak wrak człowieka, pozbawiony energii i nadziei, że kiedykolwiek wrócisz do normalności, a ten stan jest wyjątkowo niebezpieczny ze względu na ryzyko samobójcze. Dlatego wsparcie bliskich nie jest opcją, ono jest po prostu niezbędnym lekiem, który pozwala przetrwać te najciemniejsze momenty, gdy światło na końcu tunelu wydaje się tylko kolejnym złudzeniem.

Dlaczego zrozumienie jest kluczowe

Pamiętam historię jednego z moich czytelników, który opowiadał, jak jego brat nagle zaczął zasłaniać wszystkie lustra w domu folią aluminiową, bo wierzył, że są tam ukryte kamery śledzące każdy jego ruch. Zamiast się kłócić czy wyśmiewać te lęki, on po prostu usiadł obok i zapytał, czy teraz czuje się bezpieczniej – i to był przełom. Twoja wiedza o tym, że to nie jest złośliwość ani „wygłupy”, ale realna neurobiologiczna burza w mózgu, zmienia wszystko w Twoim podejściu, bo kiedy zrozumiesz, że za tymi dziwnymi zachowaniami stoi paraliżujący strach, przestaniesz reagować złością.

Statystyki medyczne jasno pokazują, że pacjenci, którzy mają silne wsparcie w edukowanych bliskich, mają o 50% mniejsze ryzyko nawrotu ostrego epizodu w ciągu pierwszego roku od diagnozy. I to jest właśnie ta moc, którą masz w rękach, bo Twoje zrozumienie mechanizmów choroby pozwala Ci nie brać do siebie bolesnych słów, które mogą paść w trakcie ataku. Bo przecież to mówi choroba, a nie człowiek, którego kochasz, prawda? Twoja obecność staje się wtedy jedyną kotwicą w świecie, który dla chorego nagle przestał mieć jakikolwiek sens.

Jak pomaga empatia

Marek, jeden z moich znajomych z grupy wsparcia, powiedział mi kiedyś, że w trakcie kryzysu czuł się, jakby stał na środku ruchliwej autostrady, a wszyscy wokół krzyczeli na niego, żeby po prostu z niej zszedł, kompletnie nie widząc pędzących aut, które on widział wyraźnie. Empatia w Twoim wydaniu nie polega na tym, że przytakujesz, gdy bliski twierdzi, że śledzi go wywiad, ale na tym, że uznajesz realność jego emocji, a nie faktów. Możesz spokojnie powiedzieć: „Nie widzę tych ludzi, ale widzę, że strasznie się ich boisz i jestem tu z Tobą”, co daje choremu poczucie, że nie jest w tym koszmarze zupełnie sam.

Taka postawa sprawia, że poziom kortyzolu u osoby w kryzysie gwałtownie spada, a to jest absolutny klucz do wyciszenia ataku bez eskalacji przemocy czy agresji. Ale czy wiedziałeś, że empatyczna komunikacja potrafi realnie skrócić czas trwania psychozy? Dzieje się tak, bo chory nie musi tracić resztek energii na walkę z Twoim niedowierzaniem czy racjonalnymi argumentami, które w tej chwili do niego i tak nie docierają, więc może skupić się na próbie odzyskania kontaktu z rzeczywistością.

Bycie przy kimś w potrzebie

Czasem wystarczy po prostu parzenie herbaty w milczeniu, tak jak robiła to Anna dla swojej córki przez całe długie popołudnie, gdy ta nie była w stanie wykrztusić ani jednego słowa przez głosy w głowie. Nie musisz być wykwalifikowanym terapeutą ani ekspertem od psychiatrii, żeby być dobrym wsparciem, bo Twoim najważniejszym zadaniem jest stworzenie bezpiecznej i przewidywalnej przestrzeni, gdzie nie ma oceniania. I to właśnie ta Twoja stałość – to, że nie uciekasz, gdy robi się ciężko i dziwnie – daje choremu największą szansę na przetrwanie najgorszego momentu bez dodatkowej traumy.

Więc kiedy widzisz, że bliska osoba zaczyna się wycofywać do swojego świata, nie naciskaj na siłę na rozmowę, jeśli czujesz, że to ją przerasta. Ale bądź blisko, w zasięgu wzroku, może w sąsiednim pokoju przy otwartych drzwiach, bo izolacja to najgorszy wróg w schizofrenii, który karmi paranoję i sprawia, że halucynacje stają się jeszcze bardziej agresywne. Twoja spokojna obecność wysyła sygnał: „Jesteś bezpieczny, nic złego się nie dzieje”, co jest warte więcej niż tysiąc naukowych wykładów o tym, jak działają neuroprzekaźniki.

Badania kliniczne potwierdzają, że ponad 80% osób po kryzysie psychicznym wskazuje fizyczną obecność bliskiej osoby jako kluczowy czynnik, który pozwolił im nie stracić całkowicie kontaktu z bazą. Twoja cierpliwość, nawet jeśli teraz wydaje Ci się, że nic nie robisz i tylko siedzisz obok, to tak naprawdę najpotężniejsze narzędzie terapeutyczne, jakie masz w ręku, bo buduje fundament zaufania, który będzie niezbędny, gdy przyjdzie czas na podjęcie regularnego leczenia farmakologicznego.

Co możesz zrobić, aby pomóc

Praktyczne wskazówki dotyczące wsparcia

Badania wskazują, że blisko 60% pacjentów doświadczających epizodu psychotycznego deklaruje, iż spokojny ton głosu opiekuna był kluczowy dla ich poczucia bezpieczeństwa. Kiedy widzisz, że bliska Ci osoba zaczyna „odpływać” albo mówi rzeczy, które nie mają sensu, Twoim największym wrogiem jest panika. Nie próbuj jej przekonywać, że te głosy to tylko wyobraźnia – dla niej są tak realne, jak Twój głos w tej chwili. Więc zamiast się kłócić, po prostu przyznaj, że widzisz, jak bardzo to, co przeżywa, jest dla niej trudne i przerażające.

Zamiast tego, postaw na proste komunikaty i nie zasypuj jej gradem pytań, bo jej mózg i tak ledwo radzi sobie z nadmiarem bodźców. Pamiętaj, że bezpieczna przestrzeń to nie tylko brak ostrych narzędzi, ale też brak Twojej frustracji, którą ona wyczuje na kilometr. Bo przecież nie chodzi o to, żebyś był terapeutą, tylko żebyś był obok, dając poczucie stabilności w świecie, który dla chorego właśnie się rozpada.

Twoja obecność jest kotwicą, nawet jeśli chory wydaje się jej nie zauważać.

  • Używaj krótkich, konkretnych zdań, żeby nie przeciążać uwagi chorego.
  • Zadbaj o redukcję bodźców, czyli wyłącz telewizor, przyciemnij światło i ogranicz liczbę osób w pokoju.
  • Nigdy nie wyśmiewaj ani nie bagatelizuj urojeń, bo to tylko zwiększy agresję lub lęk.
  • Zawsze miej pod ręką numer do lekarza prowadzącego lub lokalnego centrum interwencji kryzysowej.

Rozpoznanie momentu, w którym Twoja obecność przestaje wystarczać, to wyraz najwyższej troski, a nie słabości.

Kiedy szukać profesjonalnej pomocy

Statystyki są bezlitosne i pokazują, że ryzyko targnięcia się na własne życie dotyczy nawet 10% osób zmagających się z tą chorobą. Jeśli zauważysz, że Twoja bliska osoba zaczyna mówić o zrobieniu sobie krzywdy albo nagle staje się skrajnie pobudzona i agresywna, nie czekaj na „lepszy moment”. Czy naprawdę chcesz ryzykować, że sytuacja wymknie się spod kontroli w środku nocy? Ale pamiętaj – Twoje bezpieczeństwo też jest ważne, więc jeśli czujesz zagrożenie, nie bój się wyjść z pokoju i wezwać pomocy.

Czasami leki po prostu przestają działać albo organizm potrzebuje ich korekty, co zdarza się częściej niż myślisz. Ale kiedy pojawiają się halucynacje nakazujące, czyli głosy każące coś konkretnego zrobić, sytuacja staje się krytyczna. Wtedy Twoim obowiązkiem jest wezwanie pogotowia, nawet jeśli czujesz z tego powodu ogromne poczucie winy, bo to jedyny sposób, żeby uniknąć tragedii. Szybka reakcja to często różnica między krótkim pobytem na oddziale a wielomiesięcznym kryzysem.

Najważniejsze jest to, żebyś nie próbował być bohaterem w pojedynkę, bo system opieki zdrowotnej ma narzędzia, których Ty po prostu nie posiadasz. Hospitalizacja często bywa jedynym sposobem na stabilizację chemii w mózgu, a im szybciej nadejdzie pomoc, tym mniejsze ryzyko trwałych zmian neurobiologicznych. Nie bój się dzwonić pod 112, jeśli widzisz, że chory traci kontakt z rzeczywistością do stopnia, w którym staje się zagrożeniem dla siebie lub otoczenia. To nie jest zdrada, to ratowanie życia.

Cała prawda o dostępnych metodach leczenia

Leki i terapie, które faktycznie działają

Może Cię to zdziwi, ale leki przeciwpsychotyczne wcale nie muszą zamieniać Twojego bliskiego w „zombie”, choć taki mit krąży w sieci od lat. Nowoczesna farmakologia celuje prosto w neuroprzekaźniki takie jak dopamina, żeby wyciszyć ten szum w głowie i pozwolić człowiekowi wrócić do rzeczywistości, co jest absolutnie kluczowe, bo bez stabilizacji chemicznej mózgu żadna rozmowa po prostu nie dotrze do celu. Statystyki pokazują, że około 70 procent pacjentów odczuwa wyraźną poprawę po dobrze dobranej kuracji – i tak, czasem trzeba przetestować kilka różnych preparatów, zanim trafi się na ten idealny, który nie powoduje uciążliwej senności czy drżenia rąk.

Sama chemia to jednak tylko połowa sukcesu, bo musisz też postawić na psychoterapię poznawczo-behawioralną (CBTp), która uczy, jak rozpoznawać sygnały ostrzegawcze nadchodzącego ataku i jak radzić sobie z głosami, gdy te znowu zaczną nadawać. To nie jest zwykłe „pogadajmy o problemach”, ale konkretny trening mózgu, który pozwala odróżnić halucynacje od faktów i buduje niesamowitą odporność psychiczną na przyszłość. Jeśli standardowe leki zawodzą, lekarz może zaproponować klozapinę – to potężne narzędzie, które często wyciąga ludzi z najgłębszych stanów psychotycznych, ale wymaga od Was regularnych badań krwi, żeby wszystko było pod kontrolą.

Pamiętaj, że regularność przyjmowania dawek to jedyna droga do uniknięcia kolejnego pobytu w szpitalu.

Alternatywne podejścia warte rozważenia

Zaskakujące jest to, jak ogromną rolę w stabilizacji stanu psychicznego odgrywa… zwykła dieta i to, co Twój bliski ma na talerzu każdego dnia. Coraz więcej specjalistów zwraca uwagę na wysokie dawki kwasów Omega-3, które działają jak naturalny plaster na stany zapalne w mózgu i mogą realnie zmniejszyć nasilenie objawów negatywnych, takich jak wycofanie czy brak energii. Nie traktuj tego jako zamiennika leków, bo nim nie jest, ale jako potężne wsparcie, które sprawia, że organizm ma po prostu więcej siły do walki z chorobą – dorzuć do tego witaminy z grupy B, a zobaczysz różnicę w koncentracji i jasności myślenia.

Inną rzeczą, o której rzadko się wspomina, a która robi robotę, jest trening umiejętności społecznych przeprowadzany w grupach wsparcia. Izolacja to najkrótsza droga do nawrotu, więc zmuszenie się do wyjścia między ludzi, którzy przechodzą przez to samo piekło, daje poczucie, że nie jest się odmieńcem. Takie spotkania uczą na nowo odczytywania emocji z twarzy innych czy prowadzenia zwykłej rozmowy o pogodzie – rzeczy, które dla osoby po ataku schizofrenii mogą wydawać się trudniejsze niż zdobycie Mount Everestu.

Warto też zerknąć na rehabilitację poznawczą, czyli specjalne ćwiczenia i gry komputerowe, które naprawiają „dziury” w pamięci i logice powstałe po epizodach psychotycznych. To trochę jak siłownia dla neuronów – im częściej Twój podopieczny trenuje skupienie uwagi, tym łatwiej będzie mu później wrócić do pracy czy nauki, bo mózg ma niesamowitą zdolność do regeneracji, jeśli tylko dostanie odpowiednie bodźce we właściwym czasie.

Jak możesz realnie wesprzeć kogoś w kryzysie?

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co tak naprawdę czuje osoba, której świat nagle zaczyna się rozpadać na kawałki i nic nie jest już takie, jak było wcześniej? To nie jest tak, że musisz mieć dyplom z psychiatrii, żeby być dobrym wsparciem, bo czasem wystarczy po prostu twoja spokojna obecność i to, że nie będziesz oceniać tych dziwnych zachowań, które przecież biorą się z choroby, a nie ze złej woli. Kiedy widzisz, że twój bliski wpada w panikę albo mówi rzeczy, które nie mają dla ciebie sensu – nie kłóć się z nim i nie próbuj na siłę udowadniać mu błędów, bo dla niego te głosy czy lęki są tak realne jak kawa, którą pijesz rano. Po prostu bądź obok.

Twoja cierpliwość to najpotężniejszy oręż, jaki masz w tej trudnej walce. Ale nie możesz zapominać o sobie, bo pomaganie komuś w takim stanie potrafi nieziemsko wycisnąć z człowieka wszystkie siły i łatwo się w tym wszystkim pogubić, więc szukaj wsparcia u specjalistów, namawiaj na terapię i leki, bo bez profesjonalnej pomocy ciężko będzie ruszyć z miejsca. I pamiętaj, że to maraton, a nie sprint, więc dawkuj swoje zaangażowanie tak, żebyś sam nie wylądował na dnie, bo przecież oboje potrzebujecie stabilizacji, prawda? I tak to właśnie wygląda, czasem jest pod górkę, ale z odpowiednią wiedzą dasz radę przez to przejść.

Udostępnij ten artykuł
Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *