Ostatnio stałem w markecie budowlanym, patrząc na ceny zwykłych łat, i myślałem, że to jakiś żart – licznik bił jak szalony. Jeśli ty też szukasz oszczędności przy budowie dachu czy altany, kierunek na lokalny tartak wydaje się oczywisty. Kupując u źródła, możesz zaoszczędzić potężne kwoty, często płacąc niemal połowę ceny sklepowej, co przy dużym metrażu robi różnicę. Ale uważaj, bo to nie jest idealne, heblowane drewno z półki. Zazwyczaj dostajesz surowy, mokry materiał, który będzie pracował i będzie suchł dopiero u Ciebie. Czy warto ryzykować dla niższej ceny?
O co chodzi z tymi cenami?
Rozbijamy koszty na czynniki pierwsze
Zdziwisz się, ale sama kłoda to często zaledwie 30-40% końcowej ceny, którą widzisz na fakturze. Reszta to prąd, suszenie i robocizna – tartak to nie tylko wielka piła, to cała logistyka, a suszarnie pożerają energię jak szalone, zwłaszcza przy obecnych stawkach za prąd. Jeśli kupujesz „mokrą tarcicę” prosto z taśmy, zapłacisz grosze – powiedzmy 900-1300 zł za kubik sosny konstrukcyjnej – ale jeśli marzy Ci się materiał strugany i suszony komorowo (KD) do wilgotności 12-14%, cena automatycznie skacze o co najmniej 50-60%. I nie ma zmiłuj, bo woda waży, a jej usunięcie to proces, którego nie da się przyspieszyć bez niszczenia struktury drewna.
Nie daj się nabrać na super tanie oferty z internetu, bo zazwyczaj ukrywają one haczyki typu „klasa C” albo „materiał do sortowania”, co w praktyce oznacza mnóstwo odpadu. Prawdziwa jakość kosztuje, bo selekcja desek to żmudna robota, którą ktoś musi wykonać ręcznie, przerzucając tony materiału każdego dnia. Kiedy zamawiasz bezpośrednio u producenta, masz jednak ten luksus, że płacisz za realny produkt, a nie za marżę hurtowni, transport do marketu i ogrzewanie wielkiej hali sprzedaży, co robi kolosalną różnicę w ostatecznym rachunku.
Market budowlany kontra tartak – porównanie
Największy szok przeżyjesz, gdy przeliczysz cenę „za sztukę” z marketu na metry sześcienne – to moment, w którym otwierają się oczy. W markecie płacisz za wygodę, oświetlenie i folię, w którą zapakowane jest 5 deseczek, przez co realna cena za kubik potrafi tam sięgać absurdalnych 4500-6000 zł za zwykłą sosnę! W tartaku ta sama sosna, często o niebo lepszej jakości i bez sęków wypadających, będzie kosztować Cię w granicach 1800-2400 zł, o ile weźmiesz większą ilość i nie będziesz marudzić o jedną deskę. Różnica jest więc gigantyczna i przy budowie dachu czy tarasu zostaje Ci w kieszeni równowartość małego samochodu.
Musisz jednak pamiętać o logistyce, bo to ona jest cichym zabójcą oszczędności przy małych zamówieniach. Tartak rzadko bawi się w sprzedaż detaliczną typu „dwie deski na półkę”, więc jeśli potrzebujesz materiału na mały projekt DIY, koszty wynajęcia HDS-a czy lawety zjedzą całą różnicę w cenie. Ale przy większych inwestycjach – nie ma innej opcji niż bezpośredni zakup, bo przebitka cenowa w detalu to czyste zdzierstwo, na które po prostu nie powinieneś się godzić.
Szybkie zestawienie: Market vs. Producent
| Cena przeliczona na m3 (Sosna/Świerk) | Market: 3500 – 6000 zł Tartak: 1400 – 2400 zł |
| Dostępność wymiarów | Market: Tylko standardowe (np. 2,5m, 3m) Tartak: Dowolne, nawet do 12m długości |
| Jakość materiału | Market: Często zwichrowane, dużo sęków Tartak: Świeże cięcie, możliwość selekcji |
I tu dochodzimy do sedna, o którym sprzedawcy w sieciówkach zazwyczaj milczą jak zaklęci. W tartaku możesz dogadać się co do niestandardowych wymiarów, czego w sklepie po prostu nie zrobisz, bo jesteś skazany na to, co akurat przyjechało na palecie z centrali. Potrzebujesz kantówki 14×14 cm zamiast standardowej 12×12? Żaden problem dla trakowego – przestawi piły i masz to, czego potrzebujesz, często w tej samej cenie jednostkowej za kubik. To elastyczność, za którą w „cywilizowanym” handlu detalicznym musiałbyś dopłacić krocie jako „zamówienie specjalne” z czasem oczekiwania liczonym w miesiącach.
Na co musisz uważać przy zakupie bezpośrednim
| Transport i rozładunek | W tartaku to Twój problem – musisz zorganizować auto lub dopłacić za dowóz. W markecie często masz darmową przyczepkę. |
| Wilgotność drewna | W tartaku często kupujesz drewno „mokre” (powyżej 20%), które musi wyschnąć przed montażem. W markecie towar jest zazwyczaj suchy (choć bywa krzywy). |
| Obsługa klienta | W tartaku rozmawiasz z fachowcem, ale konkretnym i zajętym. Nie licz na ładne opakowanie czy kawę podczas zakupów. |
Moje zdanie o jakości: Czy to się w ogóle opłaca?
Zrozumienie klas drewna
Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ta sama „pierwsza klasa” w lokalnym tartaku wygląda zupełnie inaczej niż gładziutkie, ofoliowane deski z marketu budowlanego? Różnica leży w normach sortowania – małe tartaki często stosują ogólne normy wizualne, gdzie sęk czy drobne pęknięcie to nie wada, a cecha naturalna materiału, co może być dla ciebie sporym szokiem przy odbiorze towaru. Musisz pamiętać, że kupując tarcicę nieobrzynaną lub ogólnego przeznaczenia, płacisz za materiał surowy, który dopiero wymaga dalszej obróbki, więc nie oczekuj, że każda deska będzie idealnie prosta jak od linijki. Często zdarza się, że w jednej partii znajdziesz deski idealne przemieszane z takimi, które nadają się co najwyżej na szalunki – i to jest standard w tej branży, chyba że wyraźnie dopłacisz za selekcję materiału.
Płacąc te 1200 czy 1400 zł za metr sześcienny, dostajesz produkt o potężnej wytrzymałości, ale o surowym, roboczym wyglądzie. Warto jednak wiedzieć, że tartacznicy często dorzucają „nadmiar” na długości – kupujesz 3 metry, a dostajesz 3,10 m – żebyś mógł spokojnie odciąć pęknięte końcówki, co jest ogromnym plusem, którego w sklepie nie uświadczysz. Jeśli jednak budujesz coś, co będzie widoczne, zawsze pytaj o klasę wizualną, a nie tylko wytrzymałościową C24, bo wytrzymałość konstrukcyjna to jedno, a wypadające czarne sęki, które zepsują ci estetykę tarasu, to zupełnie inna para kaloszy.
Cała prawda o świeżym drewnie
Skusiła cię cena mokrej tarcicy, niższa o kilkaset złotych na kubiku względem tej suszonej? To logiczne, ale musisz mieć świadomość, że świeże drewno prosto z piły ma wilgotność rzędu 50-60% i będzie schło w twojej gotowej konstrukcji, kurcząc się drastycznie. To nie są żarty – belka o grubości 15 cm po całkowitym wyschnięciu może „zgubić” nawet 5-7 mm na wymiarze, co w precyzyjnych konstrukcjach szkieletowych może doprowadzić do katastrofy budowlanej lub pękania płyt gipsowych. Jeśli przykręcisz mokre deski na elewację „na styk”, to gwarantuję ci, że za rok będziesz miał między nimi szpary, w które swobodnie włożysz palec, bo drewno oddając wodę, zmniejsza swoją objętość głównie w poprzek włókien.
Decydując się na świeży materiał prosto z traka, bierzesz na siebie cały proces suszenia, który wcale nie jest taki prosty, jak się wydaje na YouTube. Musisz ułożyć deski na równych przekładkach, zapewnić przewiew i… czekać miesiącami na efekt.
A jeśli zrobisz to byle jak, rzucając deski na stos bez dystansów, zapomnij o prostym materiale – drewno poskręca się w śmigła, których nie wyprostuje żadna siła, a ty zostaniesz z kupą krzywych odpadów nadających się tylko do pocięcia do pieca.
Jest jeszcze jedna kwestia, o której sprzedawcy rzadko mówią głośno – podatność na korozję biologiczną w pierwszych tygodniach. Mokre soki wewnątrz komórek drewna to prawdziwa uczta dla grzybów i pleśni, zwłaszcza gdy temperatura na zewnątrz skoczy powyżej 20 stopni Celsjusza. Bez natychmiastowej impregnacji zanurzeniowej – i mówię tu o solidnej kąpieli w chemii, a nie pociągnięciu pędzlem z wierzchu – ryzykujesz, że twoje tanie deski pokryją się niebieską sinizną w ciągu zaledwie 48 godzin od przywiezienia na plac budowy. Co więcej, gwałtowne schnięcie na ostrym słońcu powoduje głębokie pęknięcia wzdłużne, które osłabiają belkę, więc pozorna oszczędność na starcie może cię kosztować wymianę całego elementu za dwa lata.
Dlaczego uważam, że lokalizacja ma znaczenie
Kiedyś zamówiłem piękną dębinę z tartaku pod Suwałkami, mieszkając na co dzień na Dolnym Śląsku, bo cena za metr sześcienny wydawała się niesamowitą okazją – jakieś 200 zł taniej na kubiku. To był błąd nowicjusza, który do dziś wspominam z lekkim zażenowaniem. Zanim transport dotarł do mnie przez pół Polski, wilgotność i zmiana warunków atmosferycznych zrobiły swoje, a ja zostałem z materiałem, który po wysuszeniu powyginał się we wszystkie strony świata. To nie tylko kwestia ceny paliwa, którą musisz doliczyć, ale też fizyki – długi transport w nieodpowiednich warunkach potrafi zniszczyć nawet najlepszą tarcicę, zanim w ogóle dotkniesz jej piłą.
Musisz też wiedzieć, że Polska jest niesamowicie zróżnicowana cenowo i to, co u ciebie jest standardem, w innym województwie może być luksusem. W regionach bogatych w lasy, jak Podkarpacie czy Warmia, ceny surowca potrafią być o 15-20% niższe niż w centrum kraju, gdzie popyt budowlany jest ogromny, a tartaków jak na lekarstwo. Kupując lokalnie, często omijasz cały łańcuch pośredników, którzy doliczają swoje marże tylko za to, że przewieźli deski z punktu A do punktu B, nie dodając do nich żadnej wartości.
Dostawcy lokalni kontra krajowi
Z dużymi, ogólnopolskimi dostawcami sprawa jest teoretycznie prosta – wchodzisz na stronę, klikasz i masz pewność, że deska będzie miała wymiar co do milimetra, ale zapłacisz za to jak za zboże. Często doliczają oni koszty marketingu, obsługi biura i utrzymania wielkich magazynów do każdej sztuki, którą wrzucasz do wirtualnego koszyka. Z kolei pan Mietek z lokalnego tartaku może nie ma strony internetowej i trzeba do niego podjechać osobiście, żeby dogadać temat w hałasie pił, a fakturę wypisuje ręcznie na kolanie.
Ale to właśnie u „lokalsa” masz szansę na coś, co w marketach budowlanych jest niemożliwe. Możesz wejść na plac i własnoręcznie przerzucić każdą deskę, odrzucając te z sękami czy pęknięciami. Relacja z właścicielem małego tartaku za rogiem często kończy się tym, że dostajesz lepszy sort w cenie drugiego gatunku, tylko dlatego, że „zostało mu parę sztuk i chce się ich pozbyć”, żeby zwolnić miejsce na placu.
Koszty dostawy, na które musisz uważać
Pamiętam minę mojego klienta, któremu przywieźli 5 kubików mokrej więźby zwykłą ciężarówką burtową bez HDS-u (dźwigu), a on stał na działce sam z żoną i psem. Kierowca zazwyczaj ma w nosie rozładunek – jego zadaniem jest dowieźć towar pod bramę i tyle go widzieli, chyba że zapłaciłeś ekstra. Jeśli nie dopytasz o sposób rozładunku, możesz wylądować z koniecznością ręcznego zrzucania ton drewna w deszczu albo dopłacania kierowcy „do ręki” za pomoc, co może drastycznie podwoić realny koszt transportu na krótkim dystansie.
Uważaj też na tak zwane „strefy trudnego dojazdu”, bo to pułapka, w którą wpada wielu inwestorów budujących się na uboczu. Wiele tartaków ma w regulaminach zapisy małym druczkiem, że jeśli wjazd na twoją posesję jest błotnisty, wąski lub gałęzie wiszą za nisko, kierowca ma prawo zrzucić towar na najbliższej utwardzonej drodze asfaltowej. Czasami to oznacza 200 metrów od twojego placu budowy – brzmi jak żart, dopóki nie musisz nosić tych ciężkich, mokrych desek na własnych plecach.
Jest jeszcze jeden trik, o którym mało kto mówi głośno, a pozwala zaoszczędzić fortunę – łączenie transportów. Jeśli zamawiasz niepełną ciężarówkę, normalnie zapłacisz za „przewożenie powietrza”, chyba że dogadasz się z tartakiem na dostawę przy okazji innego kursu w twoją okolicę. Czasami warto poczekać dwa tygodnie dłużej na deski, żeby załapać się na taki łączony transport, bo oszczędność może wynieść nawet 500-800 zł na jednym kursie. Zawsze pytaj sprzedawcę, czy nie mają kogoś w twoim rejonie, kto też czeka na towar, bo im też zależy na pełnym załadunku auta.
Czy naprawdę można negocjować ceny?
Statystyki branżowe pokazują, że przy zamówieniach powyżej 5m³ tarcicy, realna cena transakcyjna w mniejszych tartakach bywa niższa od ofertowej nawet o 12%, więc masz spore pole do popisu. Właściciele tartaków to zazwyczaj konkretni ludzie biznesu, którzy wolą szybki obrót gotówki niż trzymanie towaru na placu przez kolejne miesiące, co naraża drewno na warunki atmosferyczne. Cennik wiszący w biurze traktuj raczej jako punkt wyjścia do rozmowy, a nie ostateczny wyrok – szczególnie jeśli budujesz dom i potrzebujesz kompleksowego zaopatrzenia w więźbę, łaty i kontrłaty.
Pamiętaj jednak, że negocjacje w tartaku wyglądają inaczej niż na targu w Egipcie. Tutaj liczy się konkret i budowanie relacji, bo jeśli zrazisz do siebie tartacznika na starcie, możesz dostać materiał gorszej jakości w tej samej cenie. Kluczem jest wyczucie momentu i wiedza o tym, co tak naprawdę generuje koszty po stronie sprzedawcy.
Wskazówki, jak targować się jak zawodowiec
Zamiast pytać ogólnikowo „czy da się taniej”, rzuć propozycję, że weźmiesz od razu całą paczkę desek niesortowanych, co zdejmuje z tartacznika problem przebierania i układania materiału. Często możesz ugrać sporo, deklarując własny transport i odbiór w ciągu 24 godzin od przetarcia – dla tartaku zwolnienie miejsca pod trakiem jest warte udzielenia ci sensownego rabatu. I nie bój się zapytać o tak zwane „odpady”, bo czasem deski z oflisem, które oni normalnie rzucają na zrębki, tobie posłużą idealnie do szalunków fundamentowych za ułamek ceny rynkowej.
- Zaproponuj płatność gotówką przy odbiorze, co jest często preferowaną formą rozliczenia w tej branży.
- Zapytaj o materiał w drugiej klasie jakości – często ma on tylko wady wizualne, a konstrukcyjnie jest bez zarzutu.
- Negocjuj darmowy transport przy zamówieniu całego samochodu tarcicy.
- Kupuj drewno zimą, kiedy popyt budowlany spada i magazyny są pełne.
To podejście sprawi, że zamiast intruza, sprzedawca zobaczy w tobie świadomego klienta, z którym warto dobić targu.
Kiedy odpuścić – ale serio!
Jeśli przykładasz wilgotnościomierz i widzisz wynik powyżej 25% dla drewna konstrukcyjnego, a sprzedawca idzie w zaparte, że to „stan powietrzno-suchy”, po prostu wsiadaj w auto i odjedź. Nie ma sensu ryzykować całej konstrukcji dachu dla oszczędności rzędu kilkuset złotych, bo mokre drewno zamknięte w wełnie mineralnej to gwarancja grzyba i pleśni w twoim domu już po pierwszym sezonie grzewczym. Czasem podejrzanie niska cena wynika z faktu, że kłody leżały w lesie zbyt długo i wdała się w nie sinizna lub zgnilizna, co drastycznie osłabia nośność belki – nie daj sobie wmówić, że to tylko „taka uroda” tego gatunku.
Ignorowanie tych sygnałów ostrzegawczych to proszenie się o kłopoty, bo wichrowanie się schnących desek może później rozerwać twoje płyty gipsowo-kartonowe lub zdeformować misternie ułożoną podbitkę. Tartak, który nie pozwala ci samodzielnie obejrzeć desek ze środka stosu lub zabrania użycia własnego miernika wilgotności, ma zazwyczaj coś brzydkiego do ukrycia i żaden rabat nie zrekompensuje ci nerwów przy późniejszym prostowaniu ścian. Lepiej zapłacić 10% więcej u uczciwego dostawcy, niż bujać się latami z pękającymi krokwiami i skrzypiącym stropem.
Co jeszcze wpływa na ceny?
Koszty logistyczne mogą stanowić nawet 20% finalnej kwoty na fakturze, jeśli zamawiasz drewno z tartaku oddalonego o więcej niż 50 kilometrów od Twojego placu budowy. To często cichy zabójca budżetu, o którym zapominasz w ferworze walki. Nie patrz więc tylko na suchą cenę za metr sześcienny „na placu”, bo musisz doliczyć paliwo, czas kierowcy i ewentualny rozładunek HDS-em – a te usługi, jak pewnie wiesz, tanie nie są i mogą wywrócić Twój kosztorys do góry nogami. Do tego dochodzi jeszcze kwestia tego, czy bierzesz materiał mokry prosto z piły, czy może jednak suszony komorowo, co drastycznie zmienia stawkę, bo proces suszenia to gigantyczne zużycie prądu i zablokowanie suszarni na wiele dni.
- Odległość transportu oraz dostępność specjalistycznego sprzętu do rozładunku na Twojej działce
- Stopień wilgotności drewna (KD – suszone komorowo jest znacznie droższe niż AD – powietrznie)
- Poziom obróbki mechanicznej (tarcica nieobrzynana, obrzynana czy czterostronnie strugana)
Po dokładnym przeliczeniu wszystkich dodatkowych usług, ostateczna cena może Cię mocno zaskoczyć.
Sezonowość i dostępność surowca
W marcu i kwietniu ceny tarcicy konstrukcyjnej potrafią wystrzelić w górę o nagłe 15-20% w skali miesiąca, co jest bezpośrednim skutkiem ruszającego pełną parą sezonu budowlanego w Polsce. To proste i brutalne prawo popytu i podaży – wszyscy nagle potrzebują więźby na wczoraj, więc tartaki nie muszą walczyć o klienta niską ceną, bo i tak sprzedadzą wszystko na pniu. Musisz być sprytny.
Zimą sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Wtedy często trafisz na atrakcyjne promocje zimowe, bo magazyny pękają w szwach, a klientów jest jak na lekarstwo – co więcej, drewno ścinane zimą ma naturalnie mniejszą ilość soków i jest technicznie lepsze, więc kupując poza sezonem, wygrywasz podwójnie – na jakości i na portfelu.
Rola gatunku drewna
Metr sześcienny tarcicy dębowej kosztuje średnio trzy do czterech razy więcej niż ta sama objętość popularnej sosny czy świerku. To gigantyczna różnica wynikająca z faktu, że dąb rośnie znacznie wolniej i jest o wiele trudniejszy w obróbce dla maszyn tartacznych – twarde drewno szybciej tępi piły i wymaga wolniejszego przecierania. Wybierając gatunek, decydujesz de facto o trwałości konstrukcji na całe dekady.
Jeśli planujesz elementy wystawione na warunki atmosferyczne, jak taras czy elewacja, oszczędzanie na gatunku drewna to strzał w kolano, bo tania sosna bez agresywnej i drogiej impregnacji zgnije Ci w oczach po kilku sezonach. Z drugiej strony modrzew syberyjski czy dąb wytrzymają lata bez większej ingerencji, ale musisz być gotowy na spory wydatek na start.
Warto też pamiętać, że nawet w obrębie jednego gatunku masz do czynienia z różnymi klasami jakościowymi, które potrafią namieszać w cenniku.
Certyfikowana klasa C24 dla świerku to standard konstrukcyjny, za który zapłacisz wyraźnie więcej niż za klasę C16 czy drewno bezklasowe (tzw. „szalunkowe”), ale masz pewność, że dach nie spadnie Ci na głowę przy pierwszym większym śniegu – nie daj się nabrać na super okazje cenowe, jeśli sprzedawca nie potrafi określić wytrzymałości materiału.
Podsumowanie: jak ugrać najlepszą cenę w tartaku?
Nie bój się negocjować transportu i „odpadów”
Kiedy widzisz cenę za metr sześcienny na stronie internetowej czy tablicy przed wjazdem, pamiętaj, że to dopiero początek zabawy – transport potrafi zrujnować nawet najlepiej wyliczony kosztorys. Jeśli bierzesz więcej niż 3-4 kubiki, zawsze domagaj się darmowego dowozu lub dużej zniżki w promieniu tych kilkunastu kilometrów, bo dla tartaku wrzucenie tego na auto z HDS-em to chwila, a dla ciebie oszczędność rzędu kilkuset złotych.
Czasami lepiej zapłacić symboliczne 20 zł więcej na metrze materiału, ale mieć transport w cenie, niż organizować to na własną rękę i tracić pół dnia.
Pytaj też o tak zwane „zrzyny” lub deski w drugiej klasie jakości. Często leżą gdzieś z boku placu, przykryte kurzem, a do prac, gdzie estetyka nie gra pierwszej skrzypce – jak pełne deskowanie dachu pod papę czy szalunki fundamentowe – nadają się idealnie. Możesz je wyrwać nawet za 40-50% ceny regularnej tarcicy konstrukcyjnej, a po drobnej obróbce będą służyć tak samo dobrze. To są te momenty, gdzie twoja dociekliwość i pytanie „a co tam leży pod tą plandeką?” przekłada się na realną gotówkę, która zostaje w twojej kieszeni.
Wilgotność to twój as w rękawie
Nigdy, ale to przenigdy nie wierz na słowo, że drewno jest „powietrzno-suche”, jeśli nie sprawdzisz tego własnym miernikiem w kilku losowych miejscach. To proste urządzenie za parę groszy z marketu budowlanego może dać ci najmocniejszy argument do zbijania ceny przy kasie.
Wkładasz elektrody w deskę i jeśli wynik pokazuje powyżej 22-24%, to masz do czynienia z drewnem świeżym, które rynkowo powinno być znacznie tańsze.
Mokre drewno to same problemy – będzie pękać, skręcać się w śmigła i schnąć u ciebie na budowie przez kolejne miesiące, więc dlaczego masz płacić za nie jak za sezonowany materiał gotowy do użycia? Wykorzystaj to bezlitośnie przy ustalaniu kwoty końcowej. Płacenie pełnej stawki za mokrą tarcicę to jak kupowanie kota w worku, tylko że ten kot waży tonę i może ci powyginać całą konstrukcję dachu. Bądź twardy w tych rozmowach, bo tartak i tak na swoim zarobi, a ty nie chcesz obudzić się za rok z popękaną elewacją czy krzywą więźbą.
Jeśli nadal kupujesz deski w sieciówkach budowlanych, to dosłownie wyrzucasz kasę w błoto i jeszcze dziękujesz za paragon.
FAQ
Q: Ile realnie trzeba teraz zapłacić za m3 desek prosto z tartaku i czy to się w ogóle kalkuluje?
A: Ceny to jest teraz istny rollercoaster, ale sprawa wygląda tak, że za „mokrą” tarcicę iglastą – czyli sosnę albo świerk prosto po przetarciu – wołają teraz średnio od 800 do 1200 zł za metr sześcienny. Rozrzut jest spory, bo wszystko zależy od regionu i tego, jak bardzo właściciel tartaku chce się pozbyć towaru. Pamiętaj tylko, że mówimy tu o tak zwanej tarcicy obrzynanej, ale surowej.
I teraz najważniejsza rzecz, o której ludzie zapominają.
Cena w tartaku podawana jest zazwyczaj netto i dotyczy całego „kubika”, a nie pojedynczej sztuki.
Jak sobie to przeliczysz na sztuki, to nagle wychodzi, że deska calówka kosztuje grosze w porównaniu do tego, co widzisz na półce w markecie z tym pomarańczowym czy zielonym logo. Przebitka potrafi być trzykrotna – serio, nie żartuję. Więc jeśli planujesz budowę altanki albo szalowanie fundamentów, to nawet przy doliczeniu transportu, tartak wygrywa w przedbiegach.
Q: Czy cena podana przez tartak to koszt ostateczny, czy dojdą mi jakieś ukryte opłaty za przygotowanie desek?
A: No i tu jest pies pogrzebany, bo „deska z tartaku” to zazwyczaj surowy, mokry kawał drewna, z którym trzeba się jeszcze pobawić. Podstawowa cena, o którą pytasz przez telefon, dotyczy drewna mokrego, które ma wilgotność pewnie z 30% albo i więcej – ono się nadaje na szalunki, ale nie na dach czy meble.
Chcesz deski suszone komorowo? Dolicz lekką ręką 400-600 zł do kubika. Potrzebujesz, żeby były czterostronnie strugane, bo nie chce ci się bawić heblem w garażu? Kolejne kilka stówek w górę.
Większość tartaków to nie są fabryki mebli – oni tną kłody i tyle ich widzieli. Czasami mają suszarnie, ale to nie jest standard w każdym małym zakładzie na wsi. Więc zanim się napalisz na niską cenę, dopytaj, czy nie dostaniesz materiału, który po miesiącu na słońcu poskręca się w śmigła.
Oszczędzasz kasę, ale płacisz swoim czasem poświęconym na suszenie i obróbkę.
Q: Od jakiej ilości w ogóle opłaca się jechać do tartaku, żeby transport nie zjadł całej oszczędności?
A: Nie ma sensu odpalać auta, jak potrzebujesz pięciu desek na krzyż do naprawy płotu. Serio, paliwo i czas zmarnowany na gadanie z tartacznikiem wyjdą cię drożej niż ta drożyzna w sklepie. Tartaki to specyficzne miejsca – tam nikt nie lubi bawić się w detalistów, co wybierają każdą deseczkę przez pół godziny.
Matematyka jest prosta i brutalna.
Opłacalność zaczyna się zazwyczaj w okolicach pół kubika albo chociaż 20-30 solidnych desek. Transport to jest zabójca okazji – jak nie masz przyczepki albo busa, to za dowóz zapłacisz 3-5 zł za kilometr, a tartak rzadko kiedy jest za rogiem. Czasem lepiej skrzyknąć się z sąsiadem, wziąć transport na pół i wtedy dopiero widać ten zysk w portfelu.